20:08, 15 Wrze�nia 2019

Nawigacja i wyszukiwanie

Nawigacja

Szukaj

Nastał nowy XX wiek.
    Koniec XIX i początek wieku charakteryzował się wzmożoną germanizacją (czas hakaty), czego dowodem może być zaprzestanie nauki języka polskiego w szkołach ludowych z dniem 1-10-1887 roku, co miało miejsce w oparciu o instrukcję wydaną przez ówczesnego ministra oświaty Prus Eichhorna z 22-05-1842 roku. Tak też było i w szkole ludowej na Roszkach, gdzie uczyły się między innymi dzieci z Witek. Należy zaznaczyć, iż nauka religii na terenie parafii Janków , w tzw. "organistówce", dokąd dzieci udawały się dwa razy w tygodniu pieszo po zakończonej nauce w szkole, odbywała się wyłącznie w języku polskim. Zważmy przy okazji, że dzieci te musiały codziennie pokonać 4,8 km pieszo do szkoły z Witek na Roszki i tyleż pieszo z powrotem. A gdy dochodziła do tego religia, to dystans do przejścia pieszo wynosił: 4,8 km z Witek na Roszki, z Roszek do Jankowa 5,8 km i z Jankowa na Witki 5,2 km, czyli łącznie 15,8 km.

Dzisiejszy sklep w Roszkach. Pierwsza lokalizacja poczty.
Tyle, że wówczas z powodu braku środków lokomocji (wyłączając pojazdy konne), przemieszczanie się pieszo było jedyną możliwością dotarcia do określonego miejsca.
Wszystkie okoliczne wioski parafii jankowskiej zachowały polskość w mowie i tradycjach. Bezpośrednio na rodziny Kulasów i Witków mogli mieć wpływ mieszkańcy sąsiedniego Drogosławia, w całości zamieszkałego przez kolonistów niemieckich do końca pierwszej wojny światowej.Osiedlono ich tam, jako kolonistów-sprowadzonych ze Szwabii  w czasach hakaty - po 1902 roku, po wykupie majątków hr Niemojewskich i Skórzewskich przez rząd pruski. Po ogłoszeniu powstania państwa polskiego w 1918 roku część z nich, która nie przyjęła obywatelstwa polskiego wyjechała, otrzymując zapłatę za pozostawiony majątek. I tak powstały mieszane wioski polsko-niemieckie,a z czasem też i mieszane rodziny obydwu narodowości. Mimo odmiennego luterańskiego wyznania, nie wyczuwało się żadnych prób nacisków lub dyskryminacji. Jedyną trudność jako odnotowano to fakt, że jeżeli robiono zakupy (głównie piwa) w Gosthauzie H. Fischera na Drogosławiu, to musiano porozumiewać się w języku niemieckim. To samo dotyczyło rozmów na przykład z H.Peide z pierwszego po lewej stronie gospodarstwa na Drogosławiu, idąc od strony Witek.
Gospodarstwa nastawione były w głównej mierze na samowystarczalność Główną produkcją rolną z której uzyskiwano dochód było zboże, zaś hodowla była prowadzona na potrzeby samych mieszkańców, jedynie nadwyżki sprzedawano. No, może z wyjątkiem gęsi, które zakupywali kupcy tzw. gęsiarze. Lecz tradycyjnie dochód ten szedł na potrzeby żeńskiej części rodzin, to znaczy na zakup odzieży świątecznej, jakiś błyskotek itp.

Kościół Parafialny pod wezwaniem Św. Wojciecha 2002 rok.

Ignacy Kulas Rok 1915.

Józefa Kulas z d. Nowak Rok 1915.

Uprawianie lnu to wytwarzanie przędzy lnianej na odzież, zaś siemie to olej jadalny ( wyciskanie oleju wykonywane było w tłoczni usytuowanej w pustkowiu Duszna Górka ). Uprawiano brukiew, dynię, ziemniaki, no i zboża (mielenie wykonywano również w formie usługi w młynie raszkowskim). Głównie siano żyto, owies, jęczmień, proso , rzadko pszenicę. Było to podyktowane brakiem odpowiedniego nawożenia ziemi. Co prawda były już próby wprowadzania nawozów sztucznych i od dawna zaniechano uprawy tzw. trójpolowej, to mimo tego i większej ilości obornika naturalnego-wobec zwiększenia hodowli- ziemia jeszcze długo pozostanie nie w pełni nasycona odpowiednimi dla zwiększenia plonów składnikami mineralnymi. Siano również groch. Niezbędne były łąki, gdzie w lecie wypasano bydło, a część przeznaczano na suszenie siana.
Kulasy posiadali dwie łąki, jedną większą pod lasem, a drugą mniejszą na tzw. kołku. Witki mieli dużą łąkę usytuowaną od swojego stawu w kierunku Drogosławia, a także na Kokotach. Na paszę uprawiano również koniczynę. Z warzyw uprawiano kapustę, marchew, buraki i pietruszkę. Głównym warzywem spożywanym zimą była kiszona kapusta, groch, fasola i cebula. Nie znano wówczas pomidora (o nim w dalszej części). Najbardziej oczekiwanym letnim warzywem był ogórek i sałata.

Młyn w Raszkowie. 2002 rok

Marianna z d.Kulas i Walenty WitekRok 1937

Jak widzimy, większość upraw dyktowana była potrzebami własnymi. Jęczmień i proso to przecież kasza, brukiew to oprócz karmy dla zwierząt, również podstawowy produkt na pożywną zupę, podobnie jak dynia (zwana przez ówczesnych banią).
W ogóle bardzo popularnym daniem był tzw. eintopf, czyli obiad jednodaniowy - taka zawiesista gęsta zupa.
Byłoby może ciekawe, jak to wówczas wyglądało menu. Myślę, że może i sposób odżywiania dyktowany był zamożnością, lecz i także ilością mieszkańców, których trzeba było wyżywić.
A tych zawsze było dużo. Po prostu brak mechanizacji i ilość ziemi dyktowała naturalną konieczność posiadania odpowiedniej ilości rąk do pracy. Przecież musiał być ktoś kto zajmował się końmi - była to, nawiasem mówiąc, dość elitarna grupa wśród służby. Podczas niedzielnych mszy św. i innych świąt trzymali się oni oddzielnie i byli ogólnie poważani, oczywiście pomijając kmieci i właścicieli ziemskich. Musiał być ktoś kto zajmował się domostwem, zwierzętami domowymi, no i uprawą roli. A przecież wówczas też i niezbędnym był członek rodziny albo ktoś najemny (tzw. służący), który potrafił remontować sprzęt (wozy konne, uprząż konną, maszyny, kucie koni itp.). Na to przeznaczone było oddzielne pomieszczenie, swoisty warsztat, gdzie głównym narzędziem był tzw. dymacz i kowadło.Lecz był tam i komplet młotów i duże kowalskie imadło. Nieraz zdarzało się, że rzemieśnik taki potrafił wykonać wóz od podstaw, oczywiście z wyłączeniem osi, obręczy kół i innych wyrobów metalowych. Wykonywali te rzeczy wyspecjalizowani rzemieślnicy - kowale i kołodzieje, głównie z Roszek, Baszyn i z Orpiszewa.

Józefa Kulas przy piecu w kuchni rok 1938

Proszę zwrócić uwagę, że nie mówiło się wówczas i zresztą trwa to i do dzisiaj, że mieszkało się nie w Roszkach , a na Roszkach. Tak więc sumując, mając na uwadze służbę i rodzinę, to u Kulasów do stołu zasiadało średnio 12-14 osób, zaś u Witków około 8 osób. Życie więc wymuszało zapewnienie odpowiedniej ilości żywności. I tak na śniadanie przeważnie jadano albo różnego rodzaju polewki z chlebem albo też pyrki w łupinach z tzw. gziką (ser doprawiony mlekiem) lub poćką albo kasze z mlekiem. Na obiad był przeważnie gotowany eintopf - jedne danie, to znaczy grochówka z wkładką mięsną, albo przeróżne zawiesiste zupy do tego ziemniaki lub chleb. Podwieczorek ( w miesiącach letnich) to chleb przeważnie z serami albo ze smalcem lub również kasza, a do popicia czarna kawa. Nieraz w czasie upałów przygotowywano wodę z octem, cukrem i natronem, przynoszoną do pracujących bezpośrednio na pole. Kolacja to znowu ziemniaki, np. kraszone z maślanką . Wyrabiano też z sera tzw. piecki. Był to uformowany odciśnięty ser w formie wałków osolony i z koprem lub kominkiem, a następnie składowany w komorze na drabinkach wyłożonych słomą . Musiał tak leżakować około dwóch tygodni. Obiady na którym było mięso gotowano w środę i w niedzielę. W niedzielę zresztą obiad składał się z dwóch dań. Tak więc menu nie było zbyt urozmaicone, lecz wysokokaloryczne, tzn. tłuste. Kuchnia zużywała duże ilości tłuszczu, przede wszystkim smalcu. Zabijana świnia musiała liczyć około 4 cetnarów, zaś warstwa tłuszczu winna mieć grubość minimum 4 palców u rąk, zaś 5 palców to był luksus.

 

Pomnik z 1919 roku upamiętniający poległych w walkach o niepodległość Janków Zaleśny 2002 rok.

Kulas Ignacy (1875-1945).

Może przy okazji wspomnieć wypada, jak konserwowano mięso celem jego przechowywania. Albo było ono wędzone, albo też peklowane, to znaczy przechowywano je w zalewie z saletry w beczkach zakopanych w ziemi w tzw. sklepie, t.j. w zimnej piwnicy. Popularnym było też konserwowanie mięsa w szkłach, poprzez ich gotowanie. No, a okres wielkiego postu był okresem całkowitego braku w wyżywieniu mięsa. Podstawowym menu był w tym okresie śledź w zupie i pyrki. Przeważnie kupowało się beczkę takich śledzi na spółkę z Ratajczykami (jeżeli chodzi o Kulasów). Najczęściej podawano je w zabielanej zupie z pyrkami gotowanymi w łupinach. I przez okres postu była ta beczka opróżniana. Nic więc dziwnego, ze jak nastał pierwszy dzień Wielkanocy, to powszechnie obawiano się o zdrowie, po sytym śniadaniu wielkanocnym, kiedy można było najeść się i jajek , wędlin i mięsa do syta. Śniadanie to poprzedzane było wyjazdem na rezurekcję (początek o szóstej rano) i ściganiem się z Witkami, kto też pierwszy dojedzie na Witki z kościoła. Tradycja bowiem mówiła, że ten gospodarz, który pierwszy wróci z rezulekcji do domu, ten pierwszy zwiezie zboże do stodoły w czasie najbliższych żniw. I wówczas Ciocia Franciszka miała przykazane, aby zaraz po zakończeniu Mszy Świętej Rezurekcyjnej pędziła do wozu.

 

Kamień pamięci z napisem: "Sokół Kobierno 2.3.1925" ufundowany przez Jana Kulasa rok 2002

Janków Zaleśny 2002 rok organistówka z salą katachetyczną, miejsce nauki religii przez dzieci m. innymi z Witek

A przyjazd z kościoła uświetniał Jan Szatański strzałami z moździerza, zresztą też i od Witków dochodził huk wystrzałów. A na stole najważniejsza była święconka . Kosz ze święconym wieziony był specjalnie do poświęcenia w Wielką Sobotę do kościoła jankowskiego. Bardzo popularnym daniem na święta wielkanocne była gęś, specjalnie karmiona, aby była jak najtłustsza (chociaż wydaje się to drastyczne, jednak trzeba o tym powiedzieć w szczegółach. Otóż gęsi takie -przeważnie trzy sztuki- zamykano w takich małych klatkach, tak , że ptak nie miał żadnych możliwości ruchu. Był karmiony specjalną karmą w formie wałeczków z ziemniaków i otręb - po prostu na siłę poprzez wciskanie takich klusek do dziobu. W ten sposób karmiona radykalnie przybierała na wadze).
    Drugi dzień świąt wielkanocnych to śmingus dyngus. Nieraz kończył się on kąpielą dziewcząt w korycie do pojenia bydła na podwórzu lub we stawku. A skromnym naczyniem do polewania było wiaderko.
    Co tydzień, przeważnie w środę pieczono chleb, w specjalnym piecu chlebowym. Średnio u Kulasów pieczono 16 dużych okrągłych chlebów o wadze około 4 kG każdy i parę bochenków chleba pszennego, który jadły osoby chore. Zaczyn, tzn. kawałek surowego ciasta zawsze pozostawiano w kadzi na następny wypiek. Trzeba też wspomnieć, iż gotowanie posiłków odbywało się na piecu kuchennym, na blasze żeliwnej z tzw. fawirkami. Mówiło się, że wielkość takiego kuchennego pieca świadczył o wielkości gospodarstwa. Znane jest powiedzenie - o ale duży piec macie taki na 100 mórg - co potwierdzało tezę o konieczności posiadania dużej ilości rąk do pracy przy większym aerale ziemi. Piec wymagał ciągłego dozoru, to znaczy ciągłego przykładania do ognia. A paliło się w nim z racji oszczędności drobnymi gałązkami. Średnio dziennie spalało się około 4 koszy z podwójnymi uchami. Palenie i pilnowanie ognia to była domena starszych kobiet. Bo nie tylko był niezbędny do gotowania potraw, lecz też i służył do ogrzewania całego domu.
    Zabudowania kryte były już dachówką, lecz mniej więcej w około 50% zabudowania Kulasów kryte były jeszcze strzechą. Oczywiście budowane w XX wieku były pokrywane wyłącznie dachówką. Szczegółowy opis podano przy mapie Pustkowia Witki z 1910 roku.

 

Na tle motoru "Deutsch" stoją od lewej: Andrzej Biela, Józef Skrzypczak, Ignacy Kulas, Czeslaw Sobczak,Edward Sobczak, Stefan Sobczak i Kazimierz Witek

Maszyna do młócenia "Lanz" Własność Kulasów.

 

W gospodarstwie królował kierat do napędu maszyn gospodarczych, głównie sieczkarni, lecz i młocarni. Mały napędzany dwoma końmi był uruchamiany w zależności od potrzeb, lecz przeważnie pracowano na nim w dni deszczowe, gdyż był on ochraniany dachem. Z uwagi na monotonię tych czynności zdarzały się często wypadki przy tej pracy, a to przez wpadnięcie pod chodzące konie, a to przez złapanie odzieży przez wał napędowy. Duży kierat stał przy stodołach. Siła pociągowa to już konie a nie woły. Średnio u Witków były 4 konie, zaś u Kulasów 5. Z uwagi na konieczność posiadania takiej ilości koni, każde z gospodarstw posiadało klacz oraz hodowano źrebięta.

Poczta na Roszkach. Rok 2002

 

 

Bydła średnio posiadano minimum 6 dojnych krów, lecz nie notowano hodowli bydła na rzeż - oczywiście zbyteczne i stare bydło sprzedawano . Trzoda chlewna hodowana była przede wszystkim na własne potrzeby, chociaż ich nadmiar sprzedawano rzeźnikom z Raszkowa. Oni sami przyjeżdżali do gospodarstwa po odbiór zwierzyny.
Hodowano duże ilości drobiu do spożycia, a także na jaja.
Trzeba wspomnieć, iż jeżeli chodzi o rodzinę Kulasów, to znaczącym wspomożeniem kuchni domowej w mięso była dziczyzna. Tradycja myśliwska była u nich silna.
W początkach XX wieku gospodarstwa posiadały już pługi dwuskibowe ciągnione przez dwa lub trzy konie, siewniki, fizgałki, tzn. maszyny do kopania pyrek, zagrabiarki i proste maszyny do młócenia zboża tzw. sztyftówki, lub też parówki,lecz które nie oddzielały ziarna od plew, co wymuszało konieczność przepuszczania dodatkowo zboża przez wialnię. A dlaczego "parówki"? Ano dlatego, że pierwszymi maszynami do ich napędu były tzw. lokomobile.

 

Zofia (z d.Ratajczyk z Roszek) 1879 - 1972.

Stanisław Kulas (z Witków) 1869 - 1954

Były to wolnoobrotowe silniki parowe i stąd nazwa maszyny - parówka. Była to ogromna maszyna z kołami pasowymi o średnicy aż 1,5 metra.
    Maszyny do produkcji rolnej były przeważnie produkcji "Cegielskiego" z Poznania, albo niemieckich firm "Lanz" , "Dehring" i Fawra". Lata trzydzieste przyniosły kolejne zmiany w tych maszynach. Wprowadzono młocarnie, które oddzielały zboże od plew i wsypywały je w zahaczone worki. Lecz maszyny te wymagały już silniejszego napędu. Maneż w tym przypadku wyszedł z użycia. Stosowane były motory z silnikami diesla. Od 1929 roku Kulasy posiadali taki motor jako współwłasność z Ratajczykami. Była to duża jednostka. Od roku 1937 Kulasy posiadali nowy motor do napędu młocarni typu "Deutz".

Jadwiga Kucharczyk z d.Kulas I Agnieszka Ratajczyk (z domu Kulas).

 Na ówczesne czasy była to rewelacja. Zresztą motor ten służył przez wiele lat, również w okresie po II wojnie światowej. Po tej wojnie dorobiono mu nowe podwozie z kołami oblanymi gumą - wykręconych z pozostawionych z powodu braku paliwa, wozów pancernych przez wojska niemieckiego XXIX kurpusu pancernego w rowach przy szosie na odcinku pomiędzy Złoty Kokot a Roszkami..
   Lecz len młócono jeszcze cepami. A w ogóle obróbka lnu to cała opowieść. Po wymłóceniu słoma trafiała do "dołu" , w przypadku Kulasów do dołu na polu koło Witków i tam się moczyła. Po czym trafiała partiami do pieca chlebowego, gdzie po upieczeniu chleba, był w tym nagrzanym piecu suszony. Był to już surowiec do przędzenia. Wykonywano tę czynność na kołowrotkach. Następną czynnością było już tkanie.
Wszystkie te czynności wykonywano w kuchni przez całą zimę, gdzie wieczorem zbierali się wszyscy domownicy - łącznie ze służbą - na rozmowie i żartach. W adwencie wieczór taki kończył się modlitwą różańcową.
W lecie utkany materiał wykładano na trawę, na słońce, często polewając go wodą. Bielał on i nabierał miękkości. Był podstawowym surowcem do szycia odzieży zarówno na co dzień, jak i od święta. Zawoziło się go do krawca o nazwisku Poczta w Roszkach.

Kościól Parafialny p.w. Św. Marcina i Św. Heleny w Raszkowie. 2002 rok.

Na nogach co dnia nosiło się wyłącznie obuwie drewniane- tzw. reble, na zimę było ono do kostek - wyrzeźbione niejako z drzewa. Wymoszczano je słomą. Buty kupowane były na targu w Ostrowie. Góra rebli była wykonana ze skóry, tak ,że gdy dół drewniany był już zużyty, to można było nabyć jedynie drewniany spód i je wymienić. Nieraz zdarzali się racjonalizatorzy, którzy, aby uniknąć ślizgania się, przybijali do spodów stare opony od roweru.
    W ogóle życie wyglądało inaczej niż w czasach dzisiejszych. Ograniczone ówczesnymi możliwościami technicznymi przemieszczanie się, no i brakiem środków masowego przekazu - z wyjątkiem gazet cotygodniowych dostarczanych przez listonosza. Przez dłuższy czas Witki obsługiwał Urząd Pocztowy w Raszkowie, zaś listonoszem był niejaki Gibuśki, trudniący się również tzw. faktornym. To z jego poręki Kazia Kulas zapoznała Kazimierza Bielę, już wówczas nauczyciela z Bieganina. Również oferował on Władzi Kulas pośrednictwo w poznaniu się z ówczesnym naczelnikiem poczty w Raszkowie. Jednak Ojciec stwierdził, że jest to za duży paniczek i córka nie miałaby z nim dobrze. Dopiero w latach trzydziestych utworzono placówkę pocztową na Roszkach. Początkowo mieściła się ona przy gościńcu Frąckowiaka, pózniej, za staraniem prowadzącego tę placówkę Edwarda Sikory przeniesiono ją w miejsce, gdzie istnieje do dzisiaj. Tradycyjnie listonosze obsługujący tę palcówkę wywodzili się z rodziny Więcek z Roszek.

Lato 1938 rok Roszki-zdjęcie rodzinne Ratajczyków z okazji mszy promicyjnej Stanisława (o.Solana) I rząd od lewej:
Zofia, Maria, Agnieszka Ratajczyk z d.Kulas, Stanisław, Ignacy,Franciszka, Bronisława II rząd od lewej:
Jan, Władysław, Marta, Kazimierz, Józef Na zdjęciu brak jest córki Jadwigi ( miała małe dziecko)

Prowadziło to do tego, że ludzie złaknieni byli kontaktu z innymi, jakiejś przynajmniej prostej formy rozrywki - oczywiście głównie dotyczyło to młodego pokolenia. Jedynym regularnym kontaktem z innymi był udział w niedzielnej mszy świętej. Udawano się na przemian albo do kościoła parafialnego, albo też do kościoła w Raszkowie. Młode pokolenie wolało udawać się do Raszkowa, gdyż tam więcej było, im odpowiadającej, młodzieży .
    Co do wizyt rodzinnych, to Kulasowie mniej więcej do 1918 roku dość często jeżdzili do Jankowa Przygodzkiego, do domu rodzinnego Józefy, a póżniej, gdy córki były już dorastającymi pannami, często pragnęły jechać do Wysocka, gdzie jeden z braci matki Jan Nowak prowadził wraz z rodziną gościniec z salą gościnną. Tam często odbywały się zabawy, a to była duża pokusa. Jeżdziły tam już rowerami, które stawały się coraz powszechniejszym środkiem lokomocji w latach dwudziestych XX wieku.
    Innymi imprezami były uroczystości rodzinne, jak śluby, pogrzeby. Uczestnictwo w takich uroczystościach obwarowana była odległością, z uwagi na trudności komunikacyjne. Jedyną możliwością komunikacji była bryczka lub powóz konny, no a zimą sanie. Powozem takim, jeżeli już wyjeżdżało się daleko, dokąd docierała kolej, trzeba było najpierw dotrzeć do najbliższej stacji kolejowej (Biniew lub Bronów). 
    Wielkość takich imprez jak wesela, oceniana była według ilości powozów konnych jadących w orszaku ślubnym. Powozy te dokładnie liczono i stanowiło to na długie wieczory przedmiot rozmów o takiej imprezie w całej okolicy. Tradycja ta trwa i do dzisiaj, tyle, że zamiast powozów , liczy się samochody.
Mając na uwadze brak kontaktów, przeważnie zapoznanie się młodych, było domeną tzw. faktornych, to znaczy takich, którzy zajmowali się "żeniaczką" niejako zawodowo.
    Wspomina się też zabawy majowe tzw. majówki i organizowane uroczystości z okazji dnia kurkowca. Organizacja ta prężnie działała na Roszkach. Przy drodze w kierunku Orpiszewa istniała i zresztą istnieje do dzisiaj strzelnica i kawałek zacienionej łąki, gdzie odbywały się te imprezy

Krzyż przydrożny na Witkach 2002 rok.

1951 rok. Zwózka zboża Od lewej: Wawrzyniak, Edward Sobczak, Pyszel

Lecz wracamy do upraw. Żniwa to okres zatrudniania dodatkowej ilości ludzi, przede wszystkim kosiarzy i zbieraczki. Nieraz u Kulasów kosiło jednocześnie 12 kosiarzy, no i tyleż było zbieraczek. Oczywiście całość rodziny sprawnej do pracy była na polu. Lecz i tak zatrudniano średnio około 10 ludzi. Byli to przeważnie mieszkańcy Roszek, lecz też zatrudniani byli mieszkańcy Korytnicy i Ligoty. Dla przypomnienia młodemu pokoleniu należy opisać, jak przebiegały dokładnie takie żniwa. Otóż zbieraczki wiązały zboże w snopki, wiązadłami wykonanymi z parunastu roślin, które okładano w tzw. kupki. Były to ustawione pionowo niemalże snopki, tak, że w jednej kupce było około 20 snopków zboża. Gwoli prawdy - jęczmień i owies układało się w podłużną kupkę, wyłącznie po dwa snopki w rzędzie i wówczas taka kupkę nazywano mendel. Tam ziarno dojrzewało, nie licząc oczywiście strat jakie ponoszono od gryzoni głównie myszy, lecz też i z powodu wypadania ziarna z kłosów. W końcu lat dwudziestych pojawiły się pierwsze maszyny konne do koszenia zboża i trawy, tzw."osy". Były to kosiarki, których ulepszona wersją była kosiarka zgarniająca już ścięte zboże na ziemię w formie nie związanego snopka. Lata trzydzieste przyniosły wprowadzenie snopowiązałek, już skomplikowanej maszyny ciągnionej przez cztery konie, która nie tylko kosiła, lecz i wiązała samoczynnie zboże w snopki i taki wyrzucany był z maszyny. Było to duże ułatwienie w żniwach, lecz wymuszało dobrą znajomość mechaniki maszyny i warunków, kiedy można było prowadzić koszenie. Zboże musiało być suchutkie i dojrzałe. Następnym etapem było zwożenie do stodoły , lub, gdy brakło miejsca w stodołach, stawiało się stogi. Zboże zwożone było z pola na dwa wozy drabiniaste, gdy jeden był rozładowywany w stodole, to drugi pusty jechał już na pole po następną partię zboża. I tak w kółko. Trzeba wspomnieć, że wozy te miały wymieniane boki, raz pełne - jak było potrzeba, raz "drobie" - jak do żniw. Zazwyczaj przy zwożeniu było ośmiu ludzi. Dwóch a nawet i czterech jechało na pole po zboże, a z nimi chłopiec po pojeżdżania. Wówczas dwóch podawało snopki z kupek, a dwóch układało je na wozie, zaś chłopiec powoził od kupki do kupki. W stodole lub na stogu potrzeba było trzech lub czterech ludzi w zależności od długości sąsieka. Lecz gdy ludzi tylu brakowało, wówczas zwoziło się jedną parą, a w sąsieku było dwóch (jeden na wozie i jeden w sąsieku). Żniwa , tzn. koszenie i zwożenie trwało nieraz cały miesiąc. Zawsze starano się aby żniwa zakończyć do 31 lipca, to znaczy do imienin gospodarza. Lecz nie zawsze to się udawało.
Batalią zawsze były wykopki, szczególnie pyrek. Tutaj następowała współpraca obydwu rodzin, ze względu na konieczność zaangażowania większej ilości koni i wozów. Jak się to odbywało? Na polu, w zależności od jego długości, ustawiano wozy, tzw. hele średnio co 50 metrów. Końmi ciągnięto fizgałkę, która wyrywała pyrki z ziemi. Zbieraczki (przeważnie kobiety) musiały swój odcinek wybrać z pyrek do koszyków, zanim nadjechała znowu fizgałka i odnieść zawartość koszyka na helę - chociaż, jak była taka możliwość,to stawiany był jeszcze jeden człowiek tylko do odnoszenia pełnych koszyków pyrek na helę. Helę, po napełnieniu ciągniono końmi pod układany kopiec, gdzie była opróżniana. Na miejscu tej zabranej heli, musiano postawić pustą. Stąd była konieczność posiadania nieraz i ośmiu hel w czasie kopania pyrek. I tak też tyle hel jaka pracowała u Kulasów i tyleż koni od Witków, przez taki sam czas musiała iść na tzw. odróbkę do nich, gdy rozpoczęły się tam wykopki. Zresztą taka pomoc wzajemna "na odrobek" była dość powszechna. Rodzina Kulasów pomagała np. Szczotkom z pustkowia Majcher, a oni wzajem tyleż samo musieli odrobić u Kulasów. Ponieważ Kulasowie i Witki posiadali porządny i odpowiedni sprzęt do upraw, więc gospodarstwom które nie posiadały takiego sprzętu, robili tym sprzętem usługę na ich polach (np. fizgałką, kopaczką do pyrek, zagrabiarką lub póżniej snopowiązałką), a wzajem gospodarze ci i ich rodziny musiały odrobić określoną ilość dniówek w gospodarstwie Kulasów lub Witków.
   Po nadejściu okresu zimowego nastał czas remontu urządzeń, wozów i innych przedmiotów, lecz i także przędzenia i tkania, nie wspominając o darciu pierza.

 

Krzyż Franciszki przywieziony z Rzymu-rok 1895.

Franciszka Kulas,rok 1915.

I w takich okolicznościach przyszło żyć rodzinom Kulas i Witkom na początku XX wieku. Trzeba też powiedzieć, że zawsze w pokoleniach obydwu rodzin była różnica wieku, średnio o około 15 lat. To znaczy, że młode pokolenie Kulasów było przeważnie młodsze do odpowiedniego pokolenia Witków.

Gospodarstwo Kulasów liczyło 170 mórg, zaś gospodarstwo Witków 160 mórg.

Sądzę , że będzie bardziej czytelne, jeżeli historię rodzin przedstawimy oddzielnie.

Rodzina Kulasów

    Na przełomie wieków gospodarzami w tej rodzinie na przełomie wieków byli:
Ignacy , syn Andrzeja i Franciszki z domu Kokot urodzony w 1826 roku i Małgorzata z domu Czubak, z Dąbrowy ur. w 1830 roku, chociaż z racji wieku i wyprawieniu dzieci (oprócz Józefy i Ignacego - następcy) gospodarstwem zawiadywał już Ignacy Kulas, ich syn ( urodzony w 1874 roku).

Ich dzieci:
Józefa urodzona w 1853 roku, zmarła w wieku 10 lat w dniu 23 grudnia 1863.
Franciszek, urodzony w 1854 roku, zmarł w wieku 10 lat w dniu 10 sierpnia 1864.
Marianna ,ur. w 1857 roku (22 lipca), wyszła z domu ożeniona w 1879 roku z Walentym Witkiem. Zmarła w 1941roku (31 marca).Obydwoje pochowani są w Jankowie Zaleśnym.
Ignacy, urodzony 23 czerwca 1859 roku zmarł po 14 dniach życia,
Jadwiga, ur. w 1861 roku wyszła za mąż w lutym 1886
roku za Kazimierza Kucharczyka z Kąkolewa (syna Wirthlicha i Joanny z d. Robińska), jako wiano kupiono im w 1888 roku gospodarstwo w Korytnicy od Stefańskiego. Zmarła 10-11-1940 roku w Ostrowie. Pochowana została na starym cmentarzu ostrowskim, przy dzisiejszej ulicy Wrocławskiej.
Franciszka, ur. w 1863 roku - została w stanie bezżennym i mieszkała aż do śmierci w 1949 roku na Witkach. Pochowana w grobie rodzinnym w Jankowie.  Stanisław , ur. w 1869 roku, ożeniony w Roszkach (Zofia Ratajczyk) wyszedł z domu do gospodarstwa w Korytnicy, które zakupiono im jako wiano od Kucharczyków, (którzy zakupili wówczas resztówkę w Łąkocinach). Zmarł w 1954 roku.Razem z żoną (zm. w 1972) pochowani są na cmentarzu parafialnym w Korytach. Agnieszka , ur. w 1870 roku,wyszła z domu, ożeniona w 1893 roku z Ignacem Ratajczykiem z Roszek. Zmarła w 1959 roku. Obydwoje pochowani są w Roszkach.
  Ignacy , ur. w 1873 roku, przyszły gospodarz. Zmarł w 1945 roku. Jan , ur. w 1888 roku, od 1908 roku ożeniony z Marią Kałowską z Kobierna, rolnik, z zamiłowania ślusarz-rusznikarz. Miał sześcioro dzieci:Józefę, Antoniego, Jana, Stanisława, Władysławę i Wawrzyna. Zmarł nagle w 1927 roku. Pochowany na cmentarzu w Kobiernie.

 Rodzina Józefy i Ignacego Kulas - rok 1916 Od lewej:Józefa Kulas voto Nowak,z tyłu Kazimiera Kulas,w środku Mieczysław Kulas,Ignacy Kulas,Władysława Kulas. Siedzi z przodu Ignacy Kulas-junior.

Z tego pokolenia rodziny zstępne Stanisława z Korytnicy, Jana z Kobierna i Ignacego z Witek zachowały nazwisko rodowe. Dały one początek nowych linii rodowych, omówienie których nie może stanowić przedmiotu niniejszej pracy.
Legenda rodzinna mówi, iż Ignacy nie darzył sympatią ani Jana ani Stanisława. Bowiem, jeżeli ktoś wykazywał w tamtych czasach inne zainteresowania aniżeli uprawa roli, to był już odmieniec. A przecież Jan oprócz zamiłowania do muzyki interesował się też i historią swoich stron (ufundował kamień pamięci Związku "Sokół" na terenie Kobierna), a jego hobby to rusznikarstwo. Pozostałym życie jakoś się ułożyło, no, może oprócz Franciszki, która pozostała starą panną ( chociaż w wieku 50 lat miała ofertę zamążpójścia) a póżniej Jadwidze Kucharczykowej ( po rozwodzie ze swoim mężem, a raczej porzuceniem Jej ). Musiała przecież samotnie wychować licznego potomstwo. A miała ośmioro dzieci. Wspomnieć wypada, iż Jej syn Wojciech, powstaniec wielkopolski zginął na polu bitwy pod Rawiczem. Spoczywa na cmentarzu ostrowskim przy ulicy Limanowskiego, razem z dochowanym w 1977 jego bratem,Janem.
Czyli na przełomie wieków u Kulasów na Witkach mieszkały cztery osoby oraz służba w ilości 3 osób (jedna służąca dwóch parobków), czyli łącznie 7 osób.    Rok 1905 zaznaczył się na Witkach ślubem Ignacego Kulasa i Józefy Nowak z Jankowa Przygodzkiego (urodzonej dnia 02-02-1884 roku, córki Marcina i Marii Nowak). Ślub kościelny odbył się w kościele parafialnym w Ostrowie Wlkp , zaś ślub cywilny odnotowany został w gromadzie Topola Mała. Po pół roku od daty ślubu Józefa już Kulas sprowadziła się na Witki. Przebąkiwało się o pokaźnym wianie. Wszak rodzina Nowaków posiadała wówczas 200 mórg ziemii.
   Wspomnieć należy przy tym, że w 1906 roku wyszła za mąż za Józefa Nowaka z Przygodzic Marianna z domu Witek.
Po rychłej śmierci rodziców Ignacego ( obydwoje pochowani w grobie rodzinnym na cmentarzu w Jankowie Zaleśnym ), rodzina ta objęła samodzielne rządy w gospodarstwie, zaś kolejne lata odznaczały się przybywaniem potomstwa. Prawdziwą jednak panią domu była Franciszka.

Rodzina Kulasów wraz ze służbą - rok 1916 Rząd pierwszy: Kazimiera Kulas, Józefa Kulas z d. Nowak,Franciszka Kulas,Władysława Kulas,Franciszka Kulas,Mieczysław Kulas. Rząd drugi: Ignacy Kulas, Rózia Szatańska,Ignacy Kulas-junior (na ręku),Maria Nowak z Roszek, Stęcznia Józef z Ligoty, Brodziak Józef,Władysław Kucharczyk,Jan Szatański.

Odbywało się to według znanej od wieków przed tym i niestety też i potem zasady, iż żona,jako że weszła do rodziny z zewnątrz, to zawsze jest obcą. O Franciszce należy szerzej wspomnieć. Była ona bardzo pobożną kobietą i mając lat dziewiętnaście pragnęła iść do klasztoru. Na to nie chcieli zgodzić się Jej rodzice, sądząc, że to pragnienie minie i przecież wyjdzie za mąż. Zresztą i niektóre podania rodzinne wskazują, że Franciszka była zakochana w Walentym Witku, który na jej nieszczęście wybrał sobie za żonę Mariannę, Jej siostrę. I to miałoby być powodem, iż chciała spędzić resztę życia w klasztorze. I Franciszka pozostała do końca życia panną. Za wiano jakie dali Jej rodzice, udała się w 1895 roku do Rzymu, aby zwiedzić Watykan i tam się modlić. Do dzisiaj z tej wyprawy (wyprawy mając na uwadze tamte czasy), pozostała jedyna pamiątka - krzyż drewniany stojący z (jak głosi legenda rodzinna) votum w postaci kawalątka krzyża świętego.
Udawała się ona dzień w dzień , zima nie zima, pieszo na ranną mszę św. do kościoła w Jankowie. W drodze powrotnej zawsze wstępowała do Witków i mając to na uwadze, sądzę, że złość na Mariannę, jako na swoją rywalkę, minęła. Lecz cały czas dyrygowała całą rodziną. Józefę, żonę Ignacego, po jej przybyciu z Jankowa Zaleśnego, zaraz przestawiła z ubiorem, bowiem ubierała się ona już "po miastowemu" a musiała , jako żona gospodarza, ubierać się w tradycyjny strój gospodyni. A był to strój (mówimy o ubiorze świątecznym) składający się z długiej obowiązkowo sukni zakończonej często koronką i surduta zapinanego na dużą ilość guzików. Na głowie zawiązana z tyłu chusta. Na szyi obowiązkowe czerwone korale. Z biegiem lat Franciszkę, z powodu coraz większej głuchoty , zaczęto nazywać "głuchą ciocią".

1906 to rok narodzin pierwszego potomka z tej rodziny tzn. Franciszki, imię najprawdopodobniej nadanej na cześć Franciszki Kulas, 1908 to rok narodzin pierwszego syna Mieczysława, 1909 to rok narodzin lecz i śmierci Kazimierza , 1910 to rok narodzin Władysławy, 1912 to rok narodzin Kazimiery (02-02), 1915 to rok narodzin Ignacego, 1918 to rok narodzin ostatniego potomka Józefa. Póżniej opiszemy dalsze ich losy.

W 1909 roku ( 17 października) zmarł w wieku 83 lat Ignacy Kulas syn Andrzeja i Małgorzaty z domu Kokot, poprzedni gospodarz. Po pogrzebie, w tymże roku, na zlecenie Ignacego Kulasa zakład kamieniarski Jankowiaka z Poznania postawił na jankowskim cmentarzu grobowiec rodziny Kulasów z Witków.Podanie rodzinne mówi, iż powstał on z wiana Józefy. W 1915 roku ( 30 listopada) zmarła jego małżonka Małgorzata z domu Czubak.

W pierwszych dziesiątkach lat XX wieku na służbie u Kulasów byli:
- Jan Szatański pochodzący z Ligoty, mający wówczas około 35 lat, będący jakby zastępcą gospodarza, zresztą do którego zwracał się per "wuju". On organizował pracę, pilnował jej wykonania, chodził na "szlakowania" i polował razem z Ignacym Kulasem. W latach trzydziestych wziął za żonę Rózię (Rozalię) Kierasińską z Korytnicy, która służyła u Kulasów jako niańka. Mały Ignacy ( ur. w 1915 roku) tak za nią płakał, gdy po wyjściu za mąż odeszła z Witek, że przez pierwsze miesiące musiała dwa razy w tygodniu przychodzić na Witki, aby się z nim pobawić. Po ślubie Jan wyjechał aż na Ukrainę, gdzie przez przypadek został strzałowym w kopalni soli w okolicach Nowowojarska. Tam podobno , jak na warunki wielkopolskie, zarobił dość pokaźną kwotę pieniędzy.
- Stęczniak Józef,syn Andrzeja i Katarzyny z Pawłowskich (ur.10 lutego 1914 roku) z Ligoty,
- Jakubek Władysław,syn Józefa i Marianny z Kozaków (ur.24 maja 1913 roku) z Ligoty
- Wawrzyniak Franciszek,syn Antoniego i Elżbiety Frankowiakównej (ur.29 marca 1905 roku) ze Starego Grodu, koło Koźmina,
- Figlus Stanisław,syn Franciszka i Marianny Maćkowiakówny (ur.8 maja 1913 roku) z Roszek
- i Brodziak Józef,syn Walentego Walentego Marii Jańczak (ur.3 lipca 1914 roku) z Głogowy. Ci dwaj ostatni zajmowali się końmi.
- często pomagały w gospodarstwie dzieci Jadwigi Kucharczykowej z Ostrowa. Najczęściej pracował Władysław.
- z dziewcząt służyła Maria Nowak z Roszek oraz Rozalia Kierasińska z Kopytnicy. W latach późniejszych na służbie byli:

 

Dzieci Ignacego i Józefy Kulas I rząd od lewej: Władysława Sobczak, Franciszka Kostrzewa, Kazimiera Biela, II rząd: Ignacy,Mieczysław,Józef 1951 rok - pogrzeb Matki Józefy.

Szkoła Podstawowa w Roszkach.2002 rok.

 

Dzieci rozpoczynały naukę w Szkole Powszechnej na Roszkach. Wszystkie uczył jeden nauczyciel Pan Grochowicz. Był on Polakiem i razem z drugim nauczycielem Niemcem stanowili kadrę nauczycielską tej szkoły przed 1918 rokiem.

 

Stoją od lewej: Franciszka Skrzypczak, Elżbieta Kulas-żona Mieczysława Kulasa. Siedzą od dołu: Teresa Skrzypczak,Józef Skrzypczak, Władysława Kulas i Kazimiera Kulas. 1931 rok. Przy "starej stodole" (już nieistniejącej).

Cmentarz w Jankowie Zaleśnym Grób Franciszka Skrzypczaka 2002 roku.

 

W dniu 14 listopada 1918 roku po wyjściu ze szkoły, dzieci dowiedziały się od ludzi skupionych na drodze, iż nastała Polska. Z radości rzucały precz książki niemieckie i z tą wesołą nowiną wróciły na Witki. A w roku tym do szkoły uczęszczały od Kulasów Frania która była wówczas w klasie piątej, Mietek który był w trzeciej klasie, Władysława w klasie pierwszej zaś Kazia jeszcze nie rozpoczęła nauki. Lecz jeszcze na prawdziwą wolność ziemi krotoszyńskiej trzeba było czekać do 01 stycznia 1919 roku - dali ją mieszkańcom powstańcy wielkopolscy.
Trzeba wspomnieć, iż nauka była łączona z poszczególnymi rocznikami w jednej klasie i stąd na przykład Władzia uczyła się razem z Kazią, natomiast Frania razem z Mietkiem. Oczywiście każde uczyło się według programu danego rocznika.
Wszystkie najbardziej namawiał do popełniania grzechów młodości, jakim były wagary, Mietek. To z jego inicjatywy dwa razy dzieci Kulasów przesiedziały w zbożu czas nauki w szkole.
Ich miernikiem czasu w tych okolicznościach i określenie pory w jakim należało udać się do domu,
- przecież nie miały zegarków - było zjeżdżanie w południe Witków z pola na Kokotach.
Jedne z takich wagarów skończyło się wielkim laniem, kiedy siedzące w zbożu dzieciaki wykosili kosiarze...
ale było...

 

Grób Kulasów na cmentarzu w Jankowie. 2002 rok
 Natomiast często po wyjściu z domu do szkoły dzieci słyszały turkot kół wozów ze zbożem jadących z Baszyn do Krotoszyna. Starały się wówczas zdążyć na krzyżówkę drogi z Ugrzeli, aby skorzystać z okazji i dojechać na tych wozach do szkoły. A zdarzało się to często.
Nieraz, szczególnie w dni kiedy panowała nieszczególna pogoda, matka Józefa prosiła ojca, aby zawiózł dzieci koniem do szkoły. Lecz on był stanowczy i tłumacząc, że jego nikt do szkoły nie woził, odmawiał tej prośbie.
Ojciec Ignacy to była postać dość odmienna od innych. Dużo czytał, w miarę regularnie jeździł na zebrania Towarzystwa Ziemskiego do Poznania. Potrafił pomóc przy nietypowych ocieleniach bydła oraz przekłuwać je w wypadku wzdęcia. Potrafił oceniać i prognozować pogodę. Swoją drogą pomagał mu w tym i barometr jaki posiadał, co było rzeczą rzadką. O ten barometr zawsze pytał Szczotka, który przed jakimiś pracami w polu, pragnął zawsze wiedzieć jaka będzie pogoda. Otóż ten barometr miał takie oznaczniki, że jak podnosiło się ciśnienie atmosferyczne, to z wewnątrz ukazywał się chłop, a jak ciśnienie spadało, wówczas ukazywała się baba. I Szczotka jak przyjechał dowiedzieć się jaka będzie pogoda to pytał: "a jak tam dzisiaj wyszła baba czy chłop?".
Ojciec pierwszy wstawał rano i zaraz rozpalał ogień w piecu, na którym stały już przygotowane garnki ze śniadaniem. Gdy wszystko zaczęło się gotować budził innych. Podczas gdy pozostali, a głównie służba zajęta była oprzętem, on zdążył obejść pola, no może nie wszystkie, ocenić jak tam rośnie i poszlakować, to znaczy rozpoznać ślady zwierzyny leśnej, jaka w nocy wychodziła na żer. Po powrocie z pola i zakończeniu przez innych oprzętu, jedzono śniadanie podczas którego omawiano plan pracy na dany dzień. Po tym Ojciec, który cierpiał już-jak się sądzi-, na wrzody żołądkowe (nie mógł jeść ciemnego chleba i pieczonego mięsa), ucinał sobie drzemkę. Choroba ta wlekła się przez całe Jego życie, leczona domowymi sposobami - o leczeniu szpitalnym, a tym bardziej operacyjnym nikt w tamtych latach nawet nie myślał - chodziło o koszty i brak jakiegokolwiek ubezpieczenia. Oczywiście drzemka taka była nie możliwa podczas nawału pracy, jak w żniwa, czy też w wykopki.
Zresztą mógł sobie na to pozwolić, gdyż Jan pilnował gospodarstwa tak jak domownik, a ojciec traktował go jak syna.
A z wieczora udawał się na stanowisko, które uprzednio było przygotowane, w miejscach gdzie wcześniej szlakowano. Nieraz udawało mu się ustrzelić i grubą zwierzynę, zaś drobną (jak zająca) dość często podawano na stół. I nieraz też zając a i nieraz sarna wożona była przez ojca do Ostrowa, gdzie sprzedawał ją w sklepie kolonialnym przy ulicy Kolejowej, u znajomego kupca. U niego i tylko od niego dokonywał zakupów towarów tzw. kolonialnych, jak alkohole, cygara, przyprawy kuchenne itp. Obok tego sklepu były też sklepy z obuwiem i z materiałami, gdzie również dokonywano zakupów.

Kazimiera i Władysława Kulas 1932 rok.W tle przybudówka z piecem chlebowym.

 Nieraz na stanowiska myśliwskie ojciec udawał się razem z Janem Szatańskim, bądż też Jan udawał się na polowanie sam, bo również posiadał uprawnienia myśliwskie.  Jeżeli chodzi o broń jaka była u Kulasów to ojciec posiadał:
- dwie strzelby na naboje śrutowe,
- sztucer,
- dwa pistolety obronne i rakietnicę.
W tamtych czasach naboje ze śrutem wykonywano w domu. Kupowano oddzielnie śrut, proch strzelniczy i patrony, zaś łuski wykorzystywano wielokrotnie.
Trzeba wspomnieć, że w latach II Rzeczypospolitej obowiązywało prawo własności wszelakiego dobra, jakie znalazło się na polu właściciela. To był też jego rewir myśliwski.
Tu jedynie mógł ustrzelić zwierzynę jaka się na nim znalazła. Stąd kłopot w ustrzeleniu zwierzyny grubej, jakim był np. jeleń, który nader rzadko opuszczał lasy. Takie ustrzelenia notowane było nader sporadyczne. Oczywiście organizowano polowanie grupowe z nagonką, lecz były to polowania tzw. proszone, kiedy wyrażano zgodę na wejście z takimi polowaniami na prywatny rewir.
    Pamiętne jest postrzelenie jelenia przez Ignacego Kulasa w jesienny wieczór 1924 roku, kiedy postrzelone zwierzę, swoim tropem znaczonym posoką zaprowadziło go na drugi dzień do swojego legowiska w lesie, to znaczy już poza rewirem polowania. Tam nie mógł już niestety strzelać. Cóż miał robić? Wrócił do domu po psa - bernadyna, który wołał się "Wierny"- i "Wierny" doprowadzony do legowiska rannego zwierza, zamęczył je. I było to wówczas największe trofeum myśliwskie.
Ojciec pistolet często nosił przy sobie, a już regułą było, że broń tę trzymał w nocy pod poduszką. I mimo tak podejmowanych środkach ostrożności w 1921 roku zdarzyła się u Kulasów zuchwała kradzież. Otóż w nocy ktoś skradł ze strychu domu mieszkalnego trzymane tam nowe odświętne puszorki do koni. Musiał wejść po drabinie oknem od ogrodu i przecież ciężką uprząż znieść po drabinie i zawlec do ukrytego gdzieś wozu. Później odkryto sprawcę, lecz pozostawmy go osądowi już nie tego świata.
W tymże roku Ignacy Kulas postawił nowy krzyż przydrożny na miejscu starego (fundatorem pierwotnego krzyża był Andrzej Kulas na początku XIX wieku - był on postawiony jako votum dziękczynne). Było to votum za uzyskanie ziemi na własność w latach dwudziestych, a także za pobudowanie nowych budynków gospodarstwa. Krzyż był wysokości około 3 metrów i posiadał metalową pasyjkę. Odbyła się uroczystość poświęcenia, dokonana przez ks Czesława Gmerka, wikariusza jankowskiego. Krzyż został ścięty potajemnie przez bojówki NSDAP złożone z miejscowych Niemców, na początku okupacji jesienią 1939 roku. Rzecz dokonano pażdziernikowej nocy, kiedy zniszczono wszystkie okoliczne krzyże przydrożne. Podobno pasyjka z tego krzyża została zakopana w gospodarstwie Kulasów, lecz niestety jej nie odnaleziono. Działo się to w okresie zamykania kościołów katolickich i wywożenia księży do obozów koncentracyjnych.
W 1994 roku postawiono w miejscu ściętego krzyża nowy metalowy.
W mrokach dziejów ginie niepisana forma rywalizacji, nieraz przeradzająca się w gniew, pomiędzy rodzinami Kulasów i Witków. Mimo, racji powinowactwa, a od małżeństwa Walentego Witka z Marianną Kulas w 1879 roku dość bliskiego pokrewieństwa, jednak ta forma swoistej rywalizacji pozostała. 
Ślub Franciszki i Józefa Skrzypczaka 1929 rok.
 Na przykład dzieci Kulasów, a przede wszystkim chodzi tutaj o Władzię i Kazię nie mogły znieść, że na maszcie koło dużej stodoły u Witków (spalonej przez żołnierzy niemieckich w 1945 roku) osiedliły się bociany, a nie w ich gospodarstwie, mimo, iż przygotowano u nich też piękne gniazdo dla tych ptaków. I wiosną 1926 roku za ich namową Kazimierczak z Drogosławia - który "smalił cholewki do Władzi" - wczesnym rankiem wdrapał się do gniazda i włożył tam parę szklanych butelek, sądząc, że bociany w związku z tym, przeniosą się do gniazda Kulasowego. A stało się inaczej. Bociany wciąż krążyły nad gniazdem, nie siadając w nim i sprawa wydała się Witkom podejrzana. W końcu Jan pofatygował się na górę i odkrył przyczynę tego stanu rzeczy. Oczywiście nie tylko usunął te butelki, lecz posłał w stronę Kulasów odpowiednią wiązankę (wiedząc że jest doskonale obserwowany od strony Kulasów) , w stylu, że to robota tych "dziołchów i żeby im się dzieciaki drzwiami i oknami pchały się do domu, kiedy wyjdą za mąż..." A przecież była to też jakaś forma rozrywki, prawda?
 A spór o przejazd przez Witków na swoje pole, jak się okazywało , przez pole należące do Kulasów?

Mieczysław Kulas Rok 1964.

 Gdy bowiem stosunki się zaogniały, wówczas wyciągany był przez Kulasów tzw. as z rękawa. Bowiem w myśl niepisanej zgody rodzina Witków jeździła na swoje pole pod lasem, po obrzeżu kulasowego pola, (od dróżki idącej na łąkę pod lasem skręcali w lewo i na obrzeżu pola była dróżka prowadząca na witkowe pole, która de fakto należała do Kulasów). I stan taki trwał od dawna, lecz nie był przez nikogo kwestionowany. Aż do momentu zaognienia się stosunków pomiędzy tymi rodzinami. Wówczas problem ten odżywał i dochodziło do zatrzymywania wozów Witkowych na tym przejeździe. Tak było w roku 1924, mimo, iż był to czas dla wszystkich ciężki, bo po kryzysie finansowym państwa. A sprawa wydawać by się mogła prozaiczna. Lecz nie - u jej podstaw leżała wieloletnia tradycja jaka wiązała się z przebiegiem traktu Kożminiec - Raszków przez Roszki. Otóż, aż do 1865 roku, do roku budowy szosy Roszki- Raszków o aktualnym do dzisiaj przebiegu, trakt ten biegł w ten sposób, że na Kokotach skręcał jak dzisiejsza droga do Szczotki, a obok jego gospodarstwa skręcał tak, że biegł wzdłuż pola Witkowego ( tego przy lesie) , a następnie przez kulasowe pole i wychodził na trakt do Witków, a stamtąd już w kierunku Raszkowa. Po wybudowaniu szosy teren na którym przebiegał trakt wrócił do aktualnych właścicieli sąsiednich pól, czyli do m. innymi Kulasów i de fakto przejazd tamtędy był niemożliwy. Zaczęto więc jeździć wzdłuż innego pola kulosowego i ot zarzewie konfliktu.
W czasach dzisiejszych problem ten jest rozwiązany, poprzez dojazd na swoje pole przez Witków od dróżki jankowskiej. Wojna polsko - bolszewicka w 1921 roku uchroniła Witki (dotyczy to obydwu rodzin) od tragedii. Nikt z tych rodzin nie był powołany wówczas do wojska, chociaż z okolicznych wiosek (Roszki) paru młodych wówczas chłopców zginęło.
Po przeżyciu kryzysu gospodarczego państwa w 1925 roku, związanego z reformą Grabskiego i wymianą waluty polskiej z marek na złotego, rodzina Kulasów przeżywała ciężkie dni. Dokładnie nie wiadomo o przyczynach tego stanu rzeczy, lecz należy się chyba domyślać, iż przed kryzysem Kulas Ignacy zaciągnął pożyczkę, która po zmianie marki na złotego w 1925 roku, stała się kulą u nogi. Wiadomo, że przez lata całe obciążało to ich gospodarstwo. Ten czas zaważył na długie lata na tym gospodarstwie.
Lecz trzeba też i wyraźnie powiedzieć, że ówczesne Państwo, przecież jeszcze w stadium organizacji, nakładało m. innymi na chłopstwo duże podatki, wobec których ciężko było się gospodarstwom rozwijać. Podatek ten ustalany był procentowo od wartości gospodarstwa, w wysokości 2,2% w stosunku rocznym. A w przeliczeniu na czasy dzisiejsze, jeżeli wartość gospodarstwa wynosi około 600.000 PLN, podatek w stosunku rocznym wynosiłby 13.200 PLN, a więc wartość dość dobrego samochodu używanego, lub wartość około 6 krów.
Rok 1924 to rok zapamiętany przez wszystkich, jako rok kiedy spróbowano pierwszy raz pomidorów, jakie przywiózł z Ostrowa Ojciec. Gdy wszyscy je spróbowali, to Jan i reszta służby pluła i narzekała jakież to świństwo te pomidory. Zresztą i cała rodzina bardzo krytycznie o tych pomidorach się wyrażała. No i masz, za parę lat sami zaczęli je uprawiać i pomidor stał się bardzo popularny.
Niejako przy okazji trzeba napisać o ogrodzie warzywnym Kulasów. Usytuowany on był z tyłu obory od strony wschodnio - południowej, czyli z idealnym nasłonecznieniem. Dobra ziemia i ciepło, z osłoną ze strony ściany obory od strony północno-zachodniej, sprawiało, że warzywa dojrzewały w nim o około dwa tygodnie wcześniej. I to było też i niejako powodem, że w okresie żniw, kiedy dojrzewały ogórki, które cieszyły się powodzeniem - zresztą nie ma co się dziwić, kiedy tych warzyw wówczas nie było za dużo - ludzie zatrudniani przy pracy na polu, chętnie u Kulasów pracowali, aby te ogórki popróbować. Lata 1922 - 1925 to lata, kiedy Mieczysław uczęszczał do gimnazjum w Krotoszynie. W tym okresie często, oczywiście w miesiącach letnich,gościli u Kulasów nauczyciele z tego gimnazjum.
 Przyjmowano ich jako ważne osobistości, wszak nauczyciel i to z gimnazjum to nie byle kto.
Najbardziej wszystkim podobała się wówczas u Kulasów koza, tak koza. Otóż ojciec kupił malutką kozę, aby umilić dzieciom ich dzieciństwo. Taką przytulankę, jak to dzisiaj by się powiedzialo. Otóż koza ta upatrzyła sobie legowisko w kurniku. A kurnik usytuowany był na wysokości około 2 metrów w oborze, zaś kury miały wejście z zewnątrz po takiej drabince.  Była to deska z nabitymi na niej szczebelkami, zaś wejście dla kur do kurnika było niedużym otworem - jak to w kurniku bywa. I otóż ta koza wchodziła do kurnika po tej drabince i wciskała się do niego przez owe małe wejście. I widok ten sprawiał wszystkim radość. Z biegiem czasu koza rosła, zaś otwór do kurnika nie. I było jej coraz trudniej do niego się wcisnąć. I pewnego razu stało się, gdy już była kotna, wejście do niego stało się niemożliwe. I wówczas koza ze zmartwienia szybko pożegnała się z tym światem.
No, niewątpliwie "nauczycielskie" wizyty kojarzono z chęcią "wspomożenia" kształcenia Mieczysława, a później i Józefa , kiedy w roku 1932 rozpoczął naukę w tymże krotoszyńskim gimnazjum. Lecz to były inne czasy i inni nauczyciele.
I tak doszliśmy do 1929 roku, kiedy pierwsza z rodzeństwa Franciszka wyszła za mąż. Ślub odbył się w jankowskim kościele, zaś w czasie uroczystości weselnych przygrywała kapela Sztekli, naówczas najsłynniejsza ( i najdroższa ) kapela w okolicy. Mężem był Józef Skrzypczak (syn Józefa i Marii z d.Wojtkowiak), urodzony 27.02.1892 roku, porucznik wojska polskiego, służący naówczas w Poznaniu. Pochodził on z Kuklinowa koło Kożmina.
Para młoda z gośćmi weselnymi I rząd od lewej: nn, Zofia Jakubek, Józef Witek, Józef Skrzypczak, Teresa Skrzypczak II rząd od lewej: Sobczak, Marianna Witek, Walenty Witek, Jadwiga Stróżyk,Józefa Kulas III rząd od lewej: J.Sobczak, Pelagia Witek,Franciszka Skrzypczak,Młoda Para,Ignacy Kulas,nn pozostali od lewej:Stróżyk, Stróżyk,Kupczak,Nowacki,Jan Witek,Józef Witek.
Jego wujek mieszkał w Gorzupii, gdzie po sąsiedzku był ożeniony Władysław Nowak , pochodzący z Jankowa Przygodzkiego, skąd - jak pamiętamy- wywodziła się matka Józefa. On to wyswatał to małżeństwo. Okres narzeczeński, to, co sobotnio - niedzielne przyjazdy Skrzypczaka pociągiem do Biniewa, skąd odbierano go powozem. Pozostałe córki Kulasowe zazdrościły Franciszce tego powodzenia. Rodzice - w tajemnicy przed innymi dziećmi - kupowały jej odpowiedni ubiór. Skrzypczak przywoził ojcu cygara, zaś reszcie nieraz cukierki i inne słodycze. Z małżeństwa tego zrodziły się dwoje dzieci - Teresa w 1930 roku w Poznaniu i Józef w 1932 roku na Witkach (obydwoje do zamieszkali we Wrocławiu). Po ślubie zakupili dom w Poznaniu (zniszczony w czasie działań wojennych w czasie II wojny światowej) gdzie zamieszkali i nieźle im się powodziło.

Od lewej: Władysława Sobczak Stefan Nowak (zakatowany w Katyniu) i Zofia Nowak, przed nimi Teresa Kostrzewa w wózku Edward Sobczak - wrzesień 1938 roku

    Niestety radość nie trwała długo. W 1932 roku Józef Skrzypczak uległ wypadkowi samochodowemu , z którego wyszedł między innymi z ciężką padaczką. Po opuszczeniu szpitala - zamieszkali na Witkach - gdzie w 16 stycznia 1933 roku Józef Skrzypczak zmarł. Został pochowany na jankowskim cmentarzu.
W 1935 roku zmienił stan cywilny Mieczysław (z uwagi na dużą odległość nikt z Kulasów zamieszkałych na Witkach w uroczystościach ślubnych nie uczestniczył), który po ukończonym gimnazjum, rozpoczął pracę w sądownictwie. W 1934 roku trafił do Gniezna, gdzie ożenił się z Elżbietą Sobczak. Całe resztę życia mieszkali w Gnieźnie (ul. Żuławy 17/7), zaś Mieczysław pracował w sekretariacie sądu aż do odejścia na emeryturę. Zmarł w 1994 roku i pochowany został tak jak i jego małżonka na cmentarzu Parafii przy Bazylice Prymasowskiej p.w. Wniebowzięcia NMP przy ulicy Świętokrzyskiej w tym mieście. Mieli jedynego syna Zenona, zmarłego w 2002 roku w Gdyni. Tak więc ta odnoga rodu Kulasów zaginęła, chociaż Zenon miał syna,lecz kontakt z nim całkowicie zaniknął.
W 1936 roku Józef Kulas w szkole ogólnokształcącej w Krotoszynie uzyskał świadectwo dojrzałości. Był to pierwszy z rodu Kulasów, który ukończył pełną szkołę średnią. W tymże roku rozpoczął jesienią studia na Wyższej Szkole Rolniczej w Poznaniu. Niestety wybuch II wojny światowej we wrześniu 1939 roku uniemożliwił Mu ukończenie tych studiów. Zakończył je już w okresie powojennym - w 1949 roku.
Rok 1937 to rok ślubu Władysławy, która wyszła za Franciszka Sobczaka z Topoli Małej, z zawodu geodetę. Jego rodzice Anna (ur.19.07.1882 ,zmarła w dniu 11.04.1939) oraz Jan (ur.09.09.1877,zm.15.05.1968). Ślub odbył się w ostatnim dniu kwietnia. Było pełno kwiecia. Ślub wzięto w jankowskim kościele, a zarejestrowany został w orpiszewskiej gromadzie. Ponieważ Franciszek pracował w ostrowskim magistracie, więc zamieszkali oni w Ostrowie Wlkp.
W 1945 roku na skutek przeniesienia służbowego Franciszka Sobczaka do pracy we Wrocławiu, od tego roku zamieszkują we Wrocławiu. Zmarł On w 07 stycznia 1980 roku i został on pochowany na cmentarzu parafialnym Parafii Św Rodziny, na Sępolnie we Wrocławiu.Tamże została pochowana Władysława zmarła dnia 8 sierpnia 2006 roku.
 Ich dzieci: Edward (1938), Czesław (1942) i Stefan (1946), mieszkają we Wrocławiu.
Kazimiera Kulas wyszła za mąż za Kierownika Szkoły w Bieganinie Kazimierza Bielę. Pobrali się oni w okresie II wojny światowej. Mieszkali przez długie lata właśnie w tej szkole, a po przejściu na emeryturę przez Kazimierza Bielę zamieszkali w wybudowanym przez siebie domku w Biniewie. Kazimierz zmarł w dniu 16 stycznia 1972 roku (ur. 04.03.1908),zaś Kazimiera zmarła w dniu 28 sierpnia 1987 roku.Obydwoje pochowani są na cmentarzu parafialnym w Szczurach.
Ich dzieci: Andrzej (ur. w 1941 roku) mieszka w Biniewie, Grzegorz (ur. w 1943 roku) mieszkaniec Głogowa i Zbigniew (ur. w 1947 roku) mieszka w Ostrowie Wlkp. Na początku wojny, uciekając zgodnie z wcześniejszymi planami Kostrzewa, z domu Kucharczyk , zginęła w czasie nalotu samolotów niemieckich na ewakuacyjny konwój w którym jechała.













Kościół Parafialny w Roszkach. 2002 rok. Dzień ślubu Ireny i Ignacego 1951 rok-zdjęcie na tle "nowej stodoły" - już nieistniejącej od lewej: Wawrzyniak Władysława Sobczak, Ignacy i Irena Kulas.

Kostrzewa, oficer wojska polskiego,dostał się do niewoli niemieckiej (po kampanii wrześniowej) i przebywał w stalagach (obozach jenieckich). Stamtąd zaczął pisać do Franciszki Skrzypczak, wdowy od 1933 roku. I tak się zaczęła ta znajomość, która zaowocowała cichym ślubem w 1945 roku. Pierwsze lata stalinowskie zmuszały go do ukrywania się (m.innymi w lesie koło Witków)... długa to historia i nie na nią tutaj miejsce. Obydwoje pochowani są na cmentarzu grabiszyńskim we Wrocławiu (pole nr 17)
Ignacy Kulas w 1951 roku wziął ślub z Ireną Marciniak z Walentynowa, której rodzina osiadła w 1945 roku w Drogosławiu, na miejscu uciekłego Niemca, niejakiego Szuga. Gospodarzyli w ciężkich pierwszych latach powojennych, aż do 1994 roku, przekazując gospodarstwo najstarszemu synowi Ignacemu Kulasowi (rok urodzenia 1952). Mają jeszcze dwóch synów Tadeusza (ur. w 1953 roku) mieszkańca Ostrowa Wlkp i Wojciecha (ur. w 1955 roku) mieszkańca Skrzebowy w gminie Raszków. Ignacy zmarł w dniu 4 lutego 2003 roku, po ciężkiej dwuletniej chorobie. W tych ciężkich dla niego chwilach sprawiała nad nim opiekę z pełnym poświęceniem rodzina Wojciecha i Marzeny Kulas z córkami Iwoną i Agatą.Irena Kulas zmarla nagle w dniu 23 listopada 2008 roku.Obydwoje pochowani zostali w grobie rodzinnym w Jankowie Zaleśnym.
Józef Kulas ożenił się w 1954 roku z Bogumiłą Kałużną z Poznania .Obydwoje pochowani są na cmentarzu junikowskim w Poznaniu. Mieli dwoje dzieci:
Hannę obecnie Meis zamieszkałą w Poznaniu oraz Krzysztofa obecnie Żuchowskiego mieszkającego w Kanadzie.


Witki 20-05-1951 rok. W dniu pogrzebu Józefy Kulas od lewej:Grzegorz Biela, Zenon Kulas Czesław Sobczak,Stefan Sobczak, Edward Sobczak, Andrzej Biela.


20-05-1951 rok Zdjęcie rodzinne z pogrzebu Józefy Kulas Od lewej: Józef Kulas, Mieczysław Kulas, Elżbieta Kulas, Czesław Sobczak, Ignacy Kulas, Zenon Kulas, Franciszka Kostrzewa, Edward Sobczak, Stefan Sobczak, Franciszek Kostrzewa, Kazimierz Biela, Grzegorz Biela, Władysława Sobczak, Kazimiera Biela, Andrzej Biela, Franciszek Sobczak.

Zbliżająca się druga wojna była wyczuwalna przez ludność polską, zwłaszcza, przez rodziny zamieszkałe w powiecie krotoszyńskim, przecież powiecie wówczas nadgranicznym. Kulasy wybudowali schron podziemny umieszczony na starym podworku. Czyniły tak w tajemnicy przed innymi wszystkie okoliczne rodziny. Oczywiście nikt nie zdawał sobie sprawy z nowoczesnej wojny (i szybkości przemieszczania się wojsk), jaka się miała niebawem rozpocząć.
1 wrzesień 1939 roku jednak zaskoczył wszystkich.
Rodzina Kulasów zaplanowała ucieczkę do Borucina, gdzie mieszkała rodzina Nowaka pochodzącego z Jankowa Przygodzkiego, zaś Witkowie do samego Jankowa Przygodzkiego. Patrząc na mapę kierunki ucieczki wydawały się nielogiczne. Lecz przecież nikt nie zdawał sobie sprawy z możliwości tak szybkiego przemieszczania się frontu. I tak Kulasowie, z nieukrywaną paniką, po zakopaniu rodzinnych "skarbów" tzn.porcelany i kosztowności ( piękne trzy pary korali), które nawiasem mówiąc zginęły i usytuowaniu łóżka na krytym wolancie i położeniu na nim Józefy Kulas, wówczas chorej, udali się w drogę. Oznaką paniki był na przykład fakt, iż nie spuszczono nawet bydła do "sodku" , pozbawiając je możliwości przeżycia. Na szczęście niechcący opuszczać gospodarstwa Jan Witek przyszedł do gospodarstwa Kulasów i wypuścił wszystko bydło , owce i resztę koni do sodku. Po dniu jazdy Kulasowie dotarli na miejsce. Tam niestety już Nowaków nie było ,gdyż i oni opuścili swoje domostwo uciekając dalej za Kalisz. Młodzi tzn. Ignacy i Józef uciekając na motocyklu, jaki miał już Ignacy, postanowili, zgodnie z głoszoną polską propagandą, udać się w kierunku Warszawy. Na trzeci dzień Ojciec dowiedział się, ze wojska niemieckie już dawno przeszły tereny powiatów krotoszyńskiego i ostrowskiego i znajdują się już w okolicach Łodzi. Postanowili więc wracać. U siebie znależli z kolei uciekinierów ze Zdun rodzinę Skrzypczaka, pracownika cukrowni z dziećmi Reginą, Stanisławem i Mietkiem. Był on wujem Józefa Skrzypczaka, zmarłego męża Franciszki.
I tak zakończył się ten pierwszy okres wojny. Trzeba zaznaczyć, że przed wybuchem wojny, po mobilizacji męża Franciszka , na Witki wróciła Władysława Sobczak , z małym synem Edwardem na ręku. Mimo, że miała ona jako żona urzędnika być ewakuowana pociągiem pod Warszawę. Tak więc w chwili wybuchu wojny - oprócz Mieczysława - wszystkie dzieci były na Witkach. Po blisko miesiącu pieszo wrócili spod owej Warszawy Ignacy i Józef, bez motocykla, zarekwirowanego im w okolicach Łodzi przez wojsko polskie. Okres względnego spokoju w pierwszych miesiącach okupacji ośmielił młodzież pełną przecież temperamentu, do swoistej demonstracji oporu, poprzez słuchanie radia londyńskiego. Radio usytuowali w stogu witkowym (stojącym z tyłu na łące przy ich stawie) . Anoda (rodzaj baterii) trochę drutu jako anteny i w pomieszczeniu zrobionym w stogu można było słychać wiadomości. Oczywiście w wielkiej tajemnicy o której wszyscy wiedzieli. I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie fakt, iż to radio uległo awarii. Cóż zrobiono? Ano oddano to radio do znajomego, który prowadził warsztat w Raszkowie, do naprawy. Oczywiście wszystko też w głębokiej tajemnicy, gdyż posiadanie radia groziło dużymi karami. I tam podczas rutynowej kontroli policja niemiecka wykryła ten radioodbiornik, zaś ów znajomy - właściciel tego warsztatu, wskazał Kulasów jako właścicieli odbiornika. I zaczęło się. Aresztowano Ignacego i Józefa Kulasów, Jana Witka, Jana Ratajczyka i Markiewicza .Wyroki skazujące otrzymali Ignacy i Józef Kulas oraz Jan Witek (po 2 lata więzienia). Witek symulując chorobę opuścił więzienie w Rawiczu niebawem. Natomiast i Ratajczyk i Markiewicz udając niepoczytalność uniknęli odpowiedzialności. Najtrudniejszym momentem było opuszczenie więzienia po odbytym wyroku. Było ówczesną praktyką, że na wychodzących z więzienia (szczególnie w wypadkach skazań za wrogi stosunek do Rzeszy) oczekiwało Gestapo, które miało uprawnienia aresztowania i osadzania w obozach karnych poza normalną procedurą sądową. Józefowi udało się tego spotkania uniknąć, w czym pomógł mu Franciszek Sobczak. Otóż do zwolnienia Józefa Kulasa przewieziono z Czarnego Lasu, gdzie odbywał wyrok (pracował tam przy robotach melioracyjnych) do więzienia w Ostrowie Wlkp. I tam w pażdziernikową niedzielę 1941 roku, w którą kończył się wyrok, Franciszek Sobczak przyszedł do więzienia go odebrać .
Maks w towarzystwie Teresy Skrzypczak i Edwarda Sobczaka 1952 rok przed pocztą w Roszkach.
A w tym dniu służbę miał jego znajomy i udało mu się to zrealizować. Na następny dzień ów znajomy ostrzegł Franciszka, aby Józef Kulas się ukrywał, gdyż Gestapo narobiło we więzieniu rabanu, bo chciało go przejąć i będzie z pewnością go poszukiwać. I Józef ukrywał się aż do końca wojny. Natomiast Ignacego Gestapo zabrało z ulicy spod więzieniem w Rawiczu . Przeszedł on drogę męczeńską przez Cytadelę Poznańską, Oświęcim, Brzezinkę, ewakuację zimową obozu oświęcimskiego aż do Buchenwaldu, a tam po okolicznych obozach pracy. Doczekał się wyzwolenia na terenie Austrii. Stamtąd okrężną drogą, przez Czechy i Słowację dotarł do Polski i co dopełnia miarę goryczy, na Witki wrócił na dzień następny po pogrzebie swojego Ojca Ignacego t.j. w dniu 21 maja 1945 roku. Natomiast rodzina Kulasów w dniu 30-10-1941 roku została wywieziona ze swojego gospodarstwa przez władze niemieckie i osiedlona w małej rozwalającej się budce na terenie Orpiszewa.
W tym czasie wysiedlono również polskie rodziny z Ugrzeli,Roszek,Orpiszewa,Jankowa Zaleśnego,Walentynowa i Pogrzebowa. Mieszkali tam do końca wojny rodzice i Franciszka ze synem Józefem. Na obydwa gospodarstwa na Witkach władze niemieckie osiedliły rodzinę Friedrich z Besarabii. Natomiast Władysława z mężem mieszkała w Ostrowie przy ulicy Kwiatowej 12m2, mając przy sobie "głuchą" Józefę oraz Teresę Skrzypczak. Tak to żyjąc ciężko przeżywali okres okupacji. Trzeba przyznać, że byli sąsiedzi Kulasów jak mogli tak im pomagali , gdyż nie mieli oni żadnych środków do życia (co prawda Franciszka pracowała jakiś czas u zniemczonej akuszerki, zaś Teresa Skrzypczak w sklepie mięsnym). Pomocy tej nie odmawiali im nawet niemieccy mieszkańcy Drogosławia (znajomi Kulasów od okresu przedwojennego) . Byli to Beuke i Rilling, którzy też krytykowali poczynania Hitlera, twierdząc, że on wojny nie wygra.
    6 czerwca 1945 roku Kulasowie i Witkowie powrócili do swoich gospodarstw. Ignacy, zaraz po powrocie z lagrów ,rozpoczął gospodarowanie. Do tego czasu gospodarstwo prowadził razem z chorym Ojcem Józef Kulas. Wiosenne prace polowe prowadził bykiem. Swoją drogą ciekawym było, jak też nauczył on tegoż byka ciągnięcia maszyny rolniczej, bądż wozu.
   Trzeba bezstronnie przyznać, iż przez parę lat gospodarowania rodzina Friedrichów, dokonała wielu zmian w obydwu gospodarstwach Witków i Kulasów, w których gospodarowali. W gospodarstwie Witków mieszkali tylko przymusowo zatrudnieni, jako służba.
Byli to: Franciszek Chrobot, Pytlik Hetwig, Wawrzyniak Ignacy, Maik Teresa i Marianna, Andrzejewski Stefan i Stanisław. Większość pochodziła z najbliższej okolicy, przede wszystkim z Ugrzeli i Roszek, którzy zostali wysiedleni i chętnie zgłosili się sami do pracy u Friedrichów, aby uniknąć wywozu do pracy w odległe miejscach Niemiec.

Do rodziny Friedrich przybyłych z Besarabii ( miejscowość Sofiental)) należeli :
Friedrich Artur, gospodarz, syn Johana i Christini Adolf, urodzony 11-02-1910 roku w
m.Sofiental, w dniu 5 lutego1943 roku wcielony do Wermachtu - późniejszy jego los jest nieznany,
Friedrich Joanna,z pierwszego małżeństwa Witt, córka Michaela i Christiny Sauter,urodzona w dniu 01 grudnia 1915 roku w m.Kisil (Besarabia)
Friedrich Gunther,syn, urodzony dnia 31 sierpnia 1936 roku w Sofiental,
Friedrich Rudolf, syn, urodzony dnia 31 sierpnia 1941 roku w m.Einsiedel (Sudetengau)
Friedrich Hanz,Artur,syn, urodzony dnia 30 maja 1943 roku GutWitki , czyli na Witkach
Friedrich Luise,ciotka,urodzona dnia 4 grudnia 1891 roku w Tichemtschellg (Rosja), wdowa,
Friedrich Albert,brat gospodarza, urodzony dnia 27 sierpnia 1912 roku w m.Sofiental, kawaler,
Friedrich Frieda, siostra gospodarza, urodzona dnia 10 sierpnia 1914 roku w Sofiental. Obydwoje byli głuchoniemymi.
Syn Hunter chodził do niemieckiej szkoły w Orpiszewie.

W gospodarstwie tym mieszkali również robotnicy przymusowi, bezpośrednio obsługujący rodzinę gospodarzy. Byli to:
- Niedziela Maria, z Baszyn, urodzona dnia 15 maja 1921 roku, córka Franciszka i Rozalii
Bartosz,
- Urbański Stanisław z m Pięczkowo powiat Środa, urodzony dnia 8 listopada 1911 roku, zajmujący się końmi.

Po wcieleniu Friedricha Gunthera do Wermachtu na początku 1943 roku, gospodarstwem zawiadywał niejaki Rybka pochodzący z Bud koło Koźmińca.
Bezpośrednimi sąsiadami była rodzina Dickoff, osiedlona na gospodarstwach Krzyżańskich,Kubiaków i Malińskich. Po wysiedleniu tych rodzin nastąpiło scalenie tych gospodarstw i przekazanie ich tej rodzinie, również wywodzącej się z Besarabii (dzisiejsza Mołdawia) z miejscowości Ankerman.

Byli to:
- Dickoff Erich syn Johana i Marii z d.Herman, ur. 1907-10-18. Podobnie jak Frierich wcielony do Wermachtu w dniu 1943-03-25 zginął pod Królewcem.
- Dickoff Leonbina z d.Gusa,żona, ur.1913-03-02,
- Dickoff Adina, córka, ur. 1935-11-06,
- Dickoff Lilii,córka, ur. 1939-03-31,
- Dickoff Helma, córka ur.1941-06-26,
- Dickoff Heine, syn, ur. 1942-12-05 już w Ugrzelach
Do dzisiaj żyje z tej rodziny Helma. Heine zginał w 2001 roku w wypadku samochodowym.
  Będzie może ciekawostką, iż rodzina Friedrichów posiadała w Besarabii duże gospodarstwo rolne. Stamtąd w 1941 roku, na polecenie władz niemieckich rozpoczęto przywózki rodzin niemieckich osiadłych tam jeszcze za cara Mikołaja w XIX wieku, do Niemiec. Poprzez morze Czarne, Dunaj dotarli do obozu przejściowego w Saksoni.W czasie pobytu w tych obozach, pracowali w fabrykach w Dreźnie i Lipsku. Kobiety zatrudniano w fabryce porcelany na terenie Miśni.Dopiero po około roku osiedlono ich w gospodarstwach odebranych polskim rodzinom.

   W zabudowaniach Witków trzymano trzodę chlewną, zaś u Kulasów bydło i konie. Wymusiło to konieczność dokonania przeróbek w gospodarstwie Kulasowym. I tak w budynku, gdzie trzymano bydło i konie, dokonano przeróbek i wykonano stanowiska tylko dla bydła, zaś w budynku gdzie był maneż do cięcia sieczki, wykonano stanowiska wyłącznie dla koni. Budynek ten przykryto dachówką. Budynek mieszkalny też przerobiono w ten sposób, że posiadał on dwa niezależne mieszkania. Sądzę, że drugie wydzielone mieszkanie przeznaczone było dla pozostałych członków rodziny (ciotki i rodzeństwa gospodarzy).
    17 stycznia 1945 niemieckie władze zarządziły ewakuację. Siarczysty mróz towarzyszył im przez całą drogę. Rodzina Friedrichów jechała krytym wozem powożonym przez Urbańskiego,zaś za nimi podążały dwa pełne wozy, wypełnione przede wszystkim zbożem i paszą dla koni. Udawali się oni całą kolumną, wraz z innymi ewakuowanymi z powiatu krotoszyńskiego, w kierunku Głogowa, a później na Drezno.

    Początek gospodarowania przez młodego gospodarza Ignacego był okresem ciężkim.

    Wymęczony wieloletnim pobytem w obozach musiał wykrzesać z siebie wszystkie, aby wykonać prace polowe i inne. Brak zwierząt, szczególnie koni (Kasztan pozostawiony przez przechodzące wojska radzieckie, drugi "nabyty" również od tych wojsk był koniem cyrkowym - słynny Maks).
    A przecież niebawem nastały ciężkie czasy władzy komunistycznej z obowiązkowymi kondygentami i przetrwanie w tych warunkach gospodarstwa w nie uszczuplonym aerale w odniesieniu do lat trzydziestych, to niewątpliwie sukces tego gospodarza. Lecz są to już czasy niemal współczesne, na których czas nam zakończyć opowiadanie o losach rodziny Kulasów w XX wieku.

Informujemy, że strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności .